Rozmawialiście o sensie... naszego... życia o niesamolubności sztuki... Weźmy na przykład muzykę. Najmniej, jak to możliwe jest związana z rzeczywistością, a jeżeli już, to raczej mechanicznie, niż z samej istoty, sam dźwięk, pozbawiony... jakichkolwiek odniesień. A jednak muzyka, jakimś cudem, trafia prosto do serca. Co jest w nas takiego, co reaguje na zharmonizowany hałas, sprawiając, że dostarcza nam on przyjemności tak wielkiej, że nami wstrząsa i łączy razem? Po co to wszystko? I, co ważniejsze, dla kogo to? Można by rzec, "Dla nikogo. I bez powodu." Niesamolubnie. Nie. Nie wydaje mi się. Ostatecznie, wszystko ma jakiś sens. Sens i przyczynę.